Bieganie w marcu 2019

Dawno nie było wpisu na temat biegania to może warto nadrobić. Początek roku był tragiczny, styczeń to był pierwszy miesiąc od dawna w którym nie przebiegłem ani jednego kilometra. W lutym było lepiej, no niby gorzej być nie mogło, był jeden bieg na 5km czyli jest postęp ale nadal ocena zawierałaby słowo tragedia czy tam zapaść. No i potem nastał marzec.

Tutaj była lekka kumulacja pozytywnych bodźców. Zaczęło się robić cieplej ale co ważniejsze na pobliskim boisku wystartował cotygodniowy trening na lipcowy półmaraton. Trening jest prowadzony przez ultramaratończyka, więc kogoś kto potrafi biegać, jest co tydzień, jest za darmo i zacząłem na niego regularnie chodzić. Co dało natychmiastowy skutek i w marcu przebiegłem już 56km. Na to złożyły się 3 treningi oraz 5 biegów dodatkowych. To nie były długie biegi, większość była na 5km ale ważniejsza była jakaś systematyczność a ostatni z nich miał już prawie 8km. Poza wybieganiami dodajmy kolejne kilka kilometrów na każdym treningu i mamy już coś. Po jednym z treningów zegarek wskazywał wynik ponad 11km co było jednym z większych dystansów jakie ostatnio zaliczyłem. Na razie te odległości nawet nie zbliżają się do półmaratonu ale 11km podczas treningu czyli to nie dystans był najważniejszy pokazuje że te 20km jest już w zasięgu. Czasu do lipca trochę zostało więc jestem optymistą.

Na kwiecień też założyłem sobie cel biegowy, tym razem to 55km, powinno się udać. Niby tyle przebiegłem już w marcu ale takie jest założenie, chcę powoli zwiększać dystans.

Wyniki ankiety pączkowej 2019

No to czas na wyniki corocznej ankiety pączkowej. Dziękuję wszystkim uczestnikom za udział w tej zabawie, to miłe że co roku znajdujecie chwilę żeby wypełnić ankietę dostarczając dane do analizy.

W tym roku otrzymałem 30 odpowiedzi, 2 razy wynik został wysłany podwójnie więc wyników otrzymałem 28. Na początek wyniki ogólne, połowa odpowiedzi pochodziła od kobiet, 40% od mężczyzn i 10% respondentów wybrało odpowiedź kopytko. Jeżeli miałbym zgadywać to typowałbym że połowa odpowiedzi pochodziła od mężczyzn ale to są moje, nie do końca uzasadnione, wnioski.

plec

No a teraz przyjrzyjmy się odpowiedzi na pytanie gdzie otrzymałeś ankietę:

zrodlo

Większość (64,3%) otrzymało link do ankiety na blablerze, istotnym żródłem był też kanał #wtw, a pojedyncze osoby namiary na ankietę otrzymały na Facebooku (10% licząc Facebooka i Messengera razem) i na moim blogu (7%). W poprzednich latach było podobnie i może krótkie wyjaśnienie dla osób które zastanawia niski udział Facebooka. Odpowiedzi z FB pochodziły od tych kilku osób którym wysłałem link do ankiety z prośbą o odpowiedź. Nie umieszczałem informacji o ankiecie na swoim wallu i to było celowe działanie. Linki do ankiety dostały osoby które znam, nie podrzucały jej dalej. Taki był zamysł.

No i teraz najważniejsza część ankiety czyli pączki! Ile to zjedliście pączków? Suma zjedzonych pączków to 77,5. Na wykresie poniżej widać że aż 6 (21%) osób powstrzymało się w ten dzień od zjedzenia nawet jednego pączka (odpowiedź „0 ale wczoraj 2” też zalicza się do 0). Kolejne 3 osoby (11%) skusiły się na tego jednego pączka, najwięcej bo aż 7 osób (25%) zjadło 2 pączki. Po 2-3 osoby zjadło 3,4,5 i 6 pączków. Jedno osoba skonsumowała rekordowe 10 pączków, brawo. Średnio wychodzi po 2,8 pączka wliczając tych którzy pączków nie jedli, lub 3,5 pączka jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko osoby, które zjadły co najmniej jednego.

Skąd pochodziły pączki, najczęściej z lokalnej lub cukierni/pączkarni ewentualnie piekarni. Często były zjedzone w pracy i to pracodawca je zapewniał lub od znajomego/znajomej. Pojedyncze przypadki to zakupy w sklepie spożywczym.

paczki

Najwięcej osób trafiło na ankietę na blablerze, co szczególnie dziwne nie jest bo tam spamowałem dość intensywnie, więc przyjrzyjmy się bliżej tej grupie. Na 18 osób mamy 10 kobiet (55,6%), 6 mężczyzn (33,3%) i 2 kopytka(11,1%). Kopytka jak sądzę była rodzaju męskiego ale to są tylko moje domysły. Czyli kobiet zdecydowanie mniej niż rok temu (wtedy było 80%) i te 10 kobiet zjadło razem 22 pączki, czyli po 2,2 pączka/głowę (lub 2,75 jeżeli pominiemy 2 kobiety które pączków nie jadły). Mężczyźni mają wyższa średnią, zjedli 16 pączków czyli średnio po 2,67 sztuki (lub 3,2 jeżeli pominiemy jedną osobę która pączków nie jadła). Na końcu kopytka, tutaj wiadomo kopytne głodne więc imponujące 15 pączków dające średnią 7,5 pączka. Cały blabler zjadł 53 pączki co daje średnią 2,94 (lub nawet 3,5 jeżeli weźmiemy pod uwagę tylko pączkożerców). Najwięcej pączków zostało przyjętych przez kopytnego i to było aż 10 sztuk. Wynik imponujący, daleko przed innymi uczestnikami.

Na kanale #wtw na ankietę trafiło 6 osób w tym było 4 mężczyzn, 1 kobieta i 1 kopytko. Razem skonsumowali 20,5 pączka czyli średnio 3,4 pączka i wszyscy zjedli chociaż jednego a najwyższy wynik to 6,5 (mój ci on).

Z facebooka/messengera na ankietę trafiły  osoby, bez wyjątku kobiety, które uporały się tylko z 5 pączkami (średnia 1,67).

No i na koniec wniosku z cyklu różne, na 14 kobiet aż 5 podało swoje wymiary (35%), wzrost zawiera się w zakresie 165-177cm, wagi oczywiście nie podam, jeszcze mi życie miłe. A i zdjęć nie zanotowano :). Na 3 kopytka wszystkie coś napisały (nie jestem pewien odmiany), cwaniaki, jeden/no nawet podał/o wymiary i muszę przyznać że nawet jak na pozimowe to stosunkowo małe jak na kopytnego, ja jestem większy. Na 11 mężczyzn tylko 2 (18%) nie wstydziło się podać wzrostu (175-176) i wagi.

Tak wiem że opracowanie wyników długo trwało, przepraszam. Ostatnio ciężko się zmotywować do pisania.

Ankieta pączkowa 2019

To zgodnie z tradycją tłusty czwartek wymaga ankiety pączkowej. Ankieta jest dobrowolna i planuje dochować zasad poufności. Oczywiście w wynikach, które wkrótce tutaj umieszczę mogą znaleźć się cytaty z odpowiedzi. Przypominam to jest zabawa, chociaż przeze mnie traktowana całkiem serio, więc miłego tłustego czwartku i smacznych pączków. Zachęcam do udziału w ankiecie, można a nawet zalecane jest podanie dalej.

Ankieta

No i dla leniwych formularz:

 

Styczeń

No to może krótki przegląd miesiąca. Jak na razie z szumnych zapowiedzi żeby biegać więcej niewiele wyszło. W styczniu przebiegłem okrągłe 0 km. Jak nie na tym froncie to na innym jest lepiej. Sporo przeczytałem, w pierwszych dniach lutego skończyłem 5 książkę, nie jest to jakieś imponujące tempo ale jest nieźle. Z kolejną jest trochę gorzej bo ostatnie dni mam z pewnych powodów dość intensywne a zaczęta „Inżynierowie. Tajna armia Hitlera” Blaina Taylora jakoś mi nie podeszła. Opisy zdjęć na pół akapitu, niezbyt spójne i ogólnie ciężko wchodziło. No więc mam powrót do klasyki czyli „Opowieści o pilocie Pirxie” Lema. Tak już to kiedyś czytałem ale to było bardzo dawno temu. Strona Książki – 2019 jest aktualizowana więc tam można mnie stalkować, pozwalam.

Z filmami nadal na liczniku zero a seriale to głównie kontynuacje. Ostatnia 5 seria Luthera rozpoczęta ale pierwszy odcinek nie przekonuje, podobnie napoczęte Casa del Papel i tutaj jestem zainteresowany.  Serial jest inny niż te amerykańskie czy nawet angielskie. A z amerykańskich to czeka 2 sezon Punisher i trochę końcówek. O filmach to nawet nie wspominam :). Wkrótce urlop zimowy więc może coś się ruszy, na pewno będzie trochę nart 🙂

2019

To tym razem będzie coś o może nie planach a zamierzeniach na ten rok. No więc po pierwsze w planach jest więcej biegania, w każdym razie zdecydowanie więcej niż w ostatnim kwartale 2018 r. Może jakiś bieg się uda pobiec, jeżeli nie runmaggedon to jednak coś zorganizowanego i może nie tylko parkrun.

Po drugie z trochę innej beczki więcej czytać. Plan obejmuje 52 książki w ciągu roku i na razie nie ma źle bo po 3 tygodniach mam 3 tytuły na koncie z czego dwa całkiem grube. Jest też  strona z postępem i krótkim opisem co to za książka i czy polecam czy może jednak nie.

Kolejny pomysł to więcej kina. Trochę zmniejszyć kolejkę filmów do obejrzenia i z tych klasycznych i z tych nowszych. Niekoniecznie w kinie, niekoniecznie odfajkować top 100 imdb czy filmwebu ale jednak coś w temacie zrobić. Bo jak seriali trochę przerabiam to z filmami jest słabo, żeby nie powiedzieć wręcz tragicznie. Wynik za cały rok jednocyfrowy to mówi samo za siebie.

No i wypadałoby jednak trochę częściej coś naskrobać na blogasku. Tutaj znowu jest stabilizacja na bardzo niskim poziomie czyli wpisy pojawiają się dość sporadycznie i w niewielkich ilościach. Więc przy okazji podziękowania dla wszystkich jeszcze tu zaglądających, to miłe 🙂

Bieganie w 2018

Takie krótkie podsumowanie roku w temacie biegania.

No więc było słabo. Ten rok był po prostu słaby mimo większej mobilizacji przed Runmagedonem. Tak się miał zacząć wpis ale sprawdziłem statystyki na garminie i nie wyglądało to aż tak tragicznie. W poprzednich latach przebiegłem 2014-200 km 2015- 148km 2016-324 km, 2017-169 km i w 2018 350 km. Czyli jednak w poprzednim roku przebiegłem największy dystans i na to zdecydowanie wpływ miało częstsze bieganie w czerwcu kiedy zrobiłem 65km. W sumie można by dopisać te 9,5 km bo trasę zacząłem jeszcze w czerwcu a zegarka nie brałem.

 

Na wykresie ładnie widać że po czerwcu motywacja do biegania była coraz mniejsza. Przez pierwsze pół roku przebiegłem 233,6 a w drugiej połowie 116 a najgorzej w listopadzie (8,5).

To jeszcze jako ciekawostkę informacje z opaski, statystyki są od mają bo wtedy kupiłem Bipa. No i tutaj nie jest źle bo od maja do końca roku przetruchtałem prawie 2000 km. Czyli prawie po 250km na miesiąc, najlepiej było we wrześniu (306km) a najgorzej, niespodzianka niespodzianka, w listopadzie (210km) i grudniu (212km). No i wbrew pozorom gorszy był grudzień bo średnio wyszło 8860 kroków, podczas gdy w listopadzie 9193. Na pytanie dlaczego przypomnę że grudzień ma jeden dzień więcej.

Czyli tragedii nie ma ale może być sporo lepiej. Bo 400 km jest absolutnie w zasięgu a i 500 jest całkiem realne. No i tym optymistycznym akcentem zakończę. Przy okazji wszystkiego najlepszego w 2019 wszystkim czytelnikom.

Festiwal Filmów Kultowych

Poprzednie Festiwale Filmów Kultowych odbywały się w Katowicach i jakoś nigdy nie udało się na nie trafić. W tym roku po raz pierwszy Festiwal odbył się w Gliwicach i udało się film obejrzeć. Co ważne nie jeden a nawet dwa razy! No ale po kolei. Pierwszy film był Kultowy przez duże K. Po pierwsze to był „Missing in Action” z Chuckiem Norrisem, co już w zupełności wystarczyłoby. Ale do tego był dubbing na żywo czytany przez Tomasza Knapika. No i wisienką na torcie było miejsce czyli Spalony Teatr w Gliwicach. Tak wiem że tam wiele tekstu do czytania nie ma 🙂 a i to co było czasami było na bakier z logiką. No ale to jest film kultowy, tam tak po prostu jest.Jako prezent po seansie wszyscy widzowie dostali listę dialogową z podpisem: Czytał Tomasz Knapik.

Drugi film to było już bez dubbingu a z napisami ale także w spalonym teatrze. Tym razem to Poszukiwacze Zaginionej Arki czyli Indiana Jones i to ten pierwszy. Znowu film przy oglądaniu którego należy wyłączyć logiczne myślenie i po prostu dobrze się bawić. A zabawy tam jest naprawdę sporo. Jedyne do czego bym się przyczepił to niezbyt wygodne krzesła, ale to drobiazg. No i Spalony Teatr to jest jednak jest budynek bez ogrzewania więc po tych 2h w bezruchu jednak robi się zimniej. No i dziwiła frekwencja, dobór tytułów był moim zdaniem bardzo dobry. To faktycznie były filmy kultowe a widzów niewiele. Zresztą na zdjęciu widać że tłumów nie ma, później po zgaszeniu świateł jeszcze ludzie dochodzili ale na koniec na żadnych z dwóch seansów chyba więcej niż 50 ludzi nie było. A ja w pewnym momencie obawiałem się czy nie braknie biletów…

 

Jako Bonus dwa albumy: pierwszy ze zdjęciami Spalonego Teatru i drugi ze zdjęciami samych Gliwic.

Londyn

Niedawno wybrałem się na krótką wycieczkę do stolicy Zjednoczonego Królestwa. Jak się okazuje lot to stosunkowo najmniejszy i problem i koszt. Do Londynu z Polski połączeń jest naprawdę dużo a ceny są niskie. Droższe jest wszystko na miejscu od noclegu i wyżywienia przez wszystkie inne opłaty. Plusem jest za to brak opłat za wstęp do tych najważniejszych muzeów jak British Museum czy National Gallery. No i wizytę w tych dwóch muzeach zdecydowanie polecam. Niestety obydwa są tak ogromne że nie sposób ich w całości zobaczyć w jeden dzień. Można je przejść ale po kilku godzinach poziom skupienia i percepcji zdecydowanie spada i mózg przestaje przyjmować nowe informacje. No ale może po kolei.

Pierwszy dzień to był przylot, wydostanie się z lotniska oraz zameldowanie się w wynajętym apartamencie. Potem czas na posiłek i chwila na wizytę koło parlamentu Big Bena. Niestety wieża w remoncie ale i tak było warto. Album z pierwszego dnia.

Drugi dzień w znakomitej większości poświęciłem na zwiedzania British Museum i to jest coś co po prostu trzeba zobaczyć. Od sarkofagów egipskich, przez kamień z Rosetty, rzeźby z Partenonu (i tłumaczenie dlaczego są tam a nie w Atenach), kodeks Hamurabbiego, reliefy Asyryjskie i wiele, wiele więcej. Warto zastanowić się przed wizytą co chcemy zobaczyć, bo na wszystko po prostu braknie czasu i sił. Album ze zdjęciami z dnia drugiego.

Trzeci dzień, jako że niedziela był nastawiony bardziej na kościoły, najpierw Opactwo  Westminsterskie. Wstęp normalnie jest płatny ale można też wejść na mszę. No i to jest bardzo ciekawe doświadczenie. Potem przez St. James Park przejście przed Pałac Buckingham, Tower of London i Katedra św. Pawła. Tutaj trafiłem na koncert organowy. Nie byłem pod wrażeniem, zresztą nie tylko ja bo kilka osób na widowni zostało zmorzonych snem. Chociaż sama katedra jest imponująca. Album z dnia trzeciego.

No i dzień czwarty czyli National Gallery, podobnie jak w British Museum imponujące zbiory i absolutnie niemożliwe jest ich sensowne zobaczenie w ciągu jednego dnia. Więc albo wybierasz i oglądasz wybiórczo albo przechodzisz przez sale lekkim truchtem, zatrzymując się przy tych ciekawszych, ale znowu tam ich jest pełno. Matisse, Monet, van Gogh, Picasso, Caravaggio, van Dyck, Rembrandt, Rubens, Boticelli…  Album z dnia czwartego.

Jest w telegraficznym skrócie ale stwierdziłem że lepiej napisać skrótowo niż odkładać to na wieczne nigdy. Poza tym to już było 2 miesiące temu więc trochę z pamięci uleciało. Tak długo to trwało no bo MŚ mocno skurczyły dostępny czas wolny 🙂

Runmaggedon Silesia 2018

Nie chwaliłem się ale za namową kumpla, no powiedzmy że za pomysłem bo namawiać szczególnie nie musiał, wziąłem udział w Runmaggedonie Silesia. Dla tych którzy nie wiedzą co to może kilka słów wyjaśnienia. To bieg ale trasa nie jest płaska, miła czy sucha. Do tego są przeszkody, czyli tu coś przeskoczyć wzwyż, w dal czy w dół, tam coś przeciągnąć czy na rękach poprzeciągać się na drugą stronę. Do tego dużo błota, wody i innych atrakcji. W tym przypadku nie będzie zdjęć no bo aparatu nie brałem, trasa mogłaby mu zaszkodzić. Z tego samego powodu nie brałem zegarka z GPSem więc i trackingu GPS tym razem nie ma.

Biegłem w formule rekrut nocny czyli wg. wymagań 6km i ponad 30 przeszkód a nocny bo start był o 22:30. Trasa wg. osób z GPSem była dłuższa, słyszałem coś o 9,5 km a przeszkód było dobrze ponad 40 czyli 50% w promocji :). Na początku faktycznie było całkiem sporo biegania, w nocy po wąskich ścieżkach po lesie czy wzdłuż pól, były też hałdy, mosty kolejowe, woda i błoto. Błota i wody było pod dostatkiem :). Poniżej mapa trasy i kilka z przeszkód.

mapa_jsw_czerwiec_2018_1700_nowe_1[1]

Czy bieg jest trudny? Jak umiesz przebiec te 10km to w rekrucie sobie dasz radę, czasami zwolnisz ale dobiegniesz. Przed startem warto pobiegać w trudniejszym terenie, czyli podbiegi, zbiegi i różne leśne czy polne ścieżki. Więc bieg specjalnie trudny nie jest, co innego niektóre przeszkody. Przed biegiem warto potrenować siłę rąk i technikę podciągania bo to się przyda. Kilka przeszkód wymaga się gdzieś wspiąć, przejść na rękach po czymś czy pod czymś (przeszkody 4 czy 8 ze zdjęcia powyżej). Co najgorsze kumulacja tych przeszkód jest na samym końcu, więc lepiej zachować trochę siły na koniec. Jeżeli nie potrafisz przejść przeszkody przejść to musisz zrobić 20 burpies. No więc je też warto potrenować. U mnie z siłą rąk było tak sobie, do tego zbyt mocne tempo no bo już widać metę i na samym końcu zrobiłem 60 burpies :). Kolejna rada to zdecydowanie warto biec z kimś, im większa grupa tym ciekawiej i łatwiej. Samemu niektóre przeszkody będą znacznie trudniejsze. Co mnie zdziwiło to patrząc na wyniki zdecydowana większość uczestników ukończyła bieg. Nocnego rekruta ukończyło 460 zawodników na 462 startujących. Ja skończyłem na 306 miejscu z czasem 2:15:24. W dziennym rekrucie startowało prawie 2 tysiące uczestników i do mety nie dobiegło 17 osób.

Czy warto? Jeżeli nie boisz się że ubranie i buty będą całe z błota, że kilka razy się zanurzysz w wodzie i zdajesz sobie sprawę że mokry będziesz absolutnie cały to tak warto. Ja miałem z tego bardzo dużo frajdy i poważnie się zastanowię nad udziałem w kolejnej edycji. Tylko przed kolejnym udziałem będę musiał popracować nad siłą rąk. To jeszcze na zachętę zdjęcia typu przed/po, pierwsze podczas rozgrzewki przed biegiem a drugie na mecie razem z antkiem z którym pokonaliśmy tą trasę.

36427993_854625138075626_3124098484567801856_o

36498699_1779886572058336_4837830958688239616_o

Zdjęcia z tagami GPS część 2

Dzisiaj cześć druga tutoriala w którym przeprowadzę was przez dopisanie do zdjęć tagów GPS. Jak w poprzednim wpisie napisałem, potrzebujemy zdjęć oraz zapisu ścieżki GPS. Do połączenia używam programu GeoSetter bo jest całkiem przyjemny w użyciu, daje niezłe rezultaty i pozwala przetestować ustawienia np. jeżeli mieliśmy ustawiony zły czas w aparacie.

Zakładając że mamy już zainstalowany program GeoSetter uruchamiamy go i możemy rozpocząć od zmiany języka na polski. Następnie jeżeli nie widać mapy wchodzimy w ustawienia i w opcjach tak jak na zrzucie poniżej wpisujemy „http://www.geosetter.de/map_google.html”.

Potem otwieramy katalog ze zdjęciami przez menu zdjęcia i otwórz katalog (ctrl + O). Następnie importujemy ścieżkę w postaci pliku GPX lub innego kompatybilnego a program wspiera naprawdę wiele różnych formatów. Kolejny krok to wybranie z menu zdjęcia opcji „Synchronizuj z danymi plików GPS” (ctrl + G). Pojawia się okienko jak poniżej:

Jadąc od góry, pierwsze cztery opcje to wybór trasy GPS do której zamierzamy synchronizować zdjęcia. Jeżeli wybraliśmy wcześniej plik to wystarczy zaznaczyć synchronizuj z widocznymi trasami. Drugi punkt jest istotny jeżeli podczas wycieczki weszliśmy do jakiegoś budynku jak np. muzeum czy zamek z piwnicami i z pewnego czasu nie ma danych GPS, wtedy warto zaznaczyć opcję drugą. Następny punkt jest istotny, bo cała idea synchronizacji polega na tym że wiemy o której dokładnie godzinie było zrobione zdjęcie i na tej podstawie program łączy to z danymi GPS. Dlatego ta część jest taka istotna. Na zrzucie jeszcze wpisane są dodatkowe minuty i sekundy aby synchronizacja była precyzyjniejsza (w moim aparacie jak widać czas nie był ustawiony zbyt dokładnie). Zaznaczenie opcji „dodaj wartość przesunięcia do daty wykonania EXIF” zrobi dokładnie to co opisuje :). Po naciśnięciu przycisku Ok program postara się dopasować dane GPS do wskazanych zdjęć. No i teraz pewna cecha tego programu się okaże całkiem przydatna, mianowicie tagi GPS są zapisywane tymczasowo. Jeżeli okaże się że mamy zły czas i dane GPS są przypisane niepoprawnie możemy poprawić ustawienia czasu i zobaczyć na mapie czy przypisane dane lokalizacyjne są poprawne. I tak aż do skutku. Jeżeli uzyskiwane wyniki są złe to po prostu nie zapisujemy tagów w plikach. Natomiast jeżeli tagi są przypisane poprawnie to należy je zapisać do plików, menu Zdjęcia i wybieramy opcję zapisz zmiany (ctrl + S) i wtedy zapisane zostaną tagi w całym otwartym katalogu, lub zapisz zmiany w wybranych plikach (shift + ctrl + S) i wtedy zostaną zapisane tagi tylko w zaznaczonych plikach. I w taki oto sposób mamy zdjęcia z zapisanym miejscem gdzie zostały zrobione. Albumy typu google  photos czy inne flickry wykrywają tagi GPS i pokazują je podczas wyświetlania. Program Picasa od Gugla również ładnie je pokazuje, tak wiem już nie jest wspierana ale do zarządzania zdjęciami oraz szybkich poprawek typu wyprostuj, przytnij popraw balans bieli nadaje się nadal bardzo dobrze.